أول 200 سطر.
Jidyszland nie istnieje już geograficznie.
Takie rzeczy mogą mieć miejsce wszędzie.
To bardzo ciekawy model kultury.
Wystawiono to na świat, a później zabrano.
To bardzo zintegrowany świat, a także wspólnota.
Ich żydowska tożsamość, będąca częścią szerszej tożsamości,
tworzy się przez przebywanie w tej wspólnocie,
która zgłębia, żyje i oddycha jidyszkajtem.
Wygłupiamy się, bawimy, tworzymy sztukę i kulturę.
Badamy naszą przeszłość i tworzymy przyszłość.
Klezmer oznacza muzykę i muzykanta.
To instrument muzyki, narzędzie.
Żydowskie znaczenie jest metaforyczne. Tak naprawdę to instrument muzyczny.
Klezmer oznacza szeroką, wielobiegunową kulturę.
Nie musi być żydowska, ludowa ani związana z muzyką.
Jestem takim szczęśliwym Żydem!
Od dziś po grób Będziesz słyszeć wciąż mój płacz
Jestem takim szczęśliwym Żydem!
Udanego szabatu!
Znałem Boba Cohena, zanim usłyszałem choć jeden dźwięk
muzyki klezmerskiej czy jidysz.
Poznaliśmy się w Bostonie w latach 70.
Jego rodzina pochodzi z Węgier, więc grywał mi węgierską muzykę.
Nigdy w życiu nie słyszałem czegoś podobnego.
Bob przeniósł się do Budapesztu,
a ja obserwowałem ewolucję postsowieckich Węgier,
kiedy go odwiedzałem. Graliśmy tam jako The Klezmatics.
Daliśmy pierwszy występ w 1991 roku, czyli zaraz po przemianach.
Bob już tam był.
Bob Cohen stał się
oficjalnym czy nieoficjalnym ambasadorem wszystkich ludzi
badających muzykę żydowską ze wschodniej Europy.
Został ich ambasadorem.
Mamy świadomość, Nazaroffowie, ja i wielu z nas,
że w tej kulturze opresji, która tak wiele przeszła,
jest istota radości i umiłowanie uniesienia.
Wykonamy „Judeł gra na skrzypcach”.
Pytanie…
Skąd wiecie o spokrewnieniu? Jak to sprawdziliście?
- Takie rzeczy się czuje! - Genealogia?
Nie. Czujemy to.
Nasza rodzina zaprzecza, ale my znamy prawdę.
- Mam badania DNA. - Spytajcie mamę.
Mamo… To moja mama.
Zna swoją genealogię. Zapytał mamę.
Jasne, że my i Nazaroffowie to rodzina.
Moi rodzice urodzili się w USA.
Ich rodzice przybyli z Europy.
Bardzo długo szukaliśmy szczegółowych informacji.
Galicja była wielkim obszarem.
Akt zgonu moich dziadków podaje Galicję jako miejsce urodzenia.
Zatem byli z obecnej południowej Polski
albo też Ukrainy.
To był duży obszar.
Rodzice mojego ojca mówili po rosyjsku.
- Naprawdę? - Tak.
- Po rosyjsku? - Dziadek Grossman.
Więc pewnie byli z Ukrainy.
Do lat 50., ale głównie do II wojny światowej,
Żydzi w Ameryce mówili po angielsku, ale też we własnych językach żydowskich.
W jidysz ludzie ze wschodniej Europy, w ladino czy judesmo
ludzie z Imperium Osmańskiego i północnej Afryki,
a między nimi mnóstwo innych dialektów.
Używaliśmy ich w domach.
Po II wojnie światowej, po 1950 roku…
częściowo przez Holokaust,
a częściowo przez czynniki społeczne,
wielu Żydów zaprzestało używać tych języków, tak jak jidysz.
Z wielu powodów. Można by długo opowiadać.
Ale ludzie, którzy pozostali przy śpiewaniu w jidysz,
woleli śpiewać jidyszowe piosenki artystyczne.
Piosenki teatralne.
Wierzyli, że wyniosą nas dzięki muzyce klasycznej
do wyższej klasy obywateli tworzących sztukę.
W porządku.
Nazaroff tego nie robił.
Nazaroff brzmiał jak sala pełna pijanych Żydów,
bo tak właśnie było.
A czasami chcesz sali pełnej pijanych Żydów.
Jestem filologiem.
Broniłem pracy
o ciekawym rosyjskim pisarzu, Władmirze Korolence.
Pisał dużo o sprawach mniejszości, terytorium, diaspory.
Jako jeden z pierwszych pisał o Rosjanach w Ameryce.
Napisał wiele o Żydach.
Kiedy zostałem wykonawcą, nazwałem siebie, na jego cześć, Korolenko.
Studiowałem przez semestr w Budapeszcie. Wtedy poznałem Boba.
Spędzaliśmy razem dużo czasu.
Dorastałem w Nowym Jorku, tworząc muzykę jidysz.
Chciałem wrócić do wschodniej Europy.
Byłem ciekaw tutejszej odmiany muzyki żydowskiej.
Wielkie brawa dla The Brothers Nazaroff!
Którzy na cześć swojego prawuja, Nathana „Księcia”…
Ten człowiek, Nathan „Książę” Nazaroff,
zaszczycił świat tym niesamowitym…
Jewish Freilach Songs.
Przybył na ten ląd sto lat temu.
Jesteśmy jego prabratankami.
Ja jestem Danik Nazaroff.
Po mojej lewej Pasha Nazaroff z Moskwy.
Dalej stoi Yankl Nazaroff z Nowego Jorku.
Botoszany.
Tutaj jest Zaelik Nazaroff z Budapesztu.
Żydek nie zazna współczucia ni litości
Nieszczęście wiedzie w życiu jego prym
W żadnym mieście nie chcą go ugościć
I nie ma miejsca, co by nazwał domem swym
A gdy napotka problem
W jidysz śpiewa pieśń
I zaciska ręce w smutku i obawie
Więc nie ma smutku
A gdy humor nie powraca
Radzi sobie tak
Chwyta skrzypce i zaczyna grać
Mały Żyd i jego skrzypce
To warte milionów jest…
Podróżuję, biegnę, lecę
Ani czasu, ani pauzy
Nie wiem gdzie, nie wiem jak
Ani tu, ani tam
- Uczyłeś się węgierskiego. - Tak.
Więc dobrze mówisz.
Mówię po węgiersku.
Na jakim poziomie?
Kilka lat temu mówiłem płynnie,
ale z czasem słówka uciekają.
Rzadko go używam.
Rumuńskiego też się uczyłeś?
- Tak. - Jak to się stało?
Wszystko przez…
mołdawską muzykę folkową.
Ona jest…
najbliższa muzyce klezmerskiej.
To dzięki Programowi Fulbrighta.
Poznaliście się tam?
Tak, byliśmy tam oboje. Ona jest flecistką.
Zagramy kilka melodii żydowsko-rumuńskich.
To dawne mołdawskie instrumenty. Pewnie ich nie znacie.
W synagogach we wschodniej Rumunii i Mołdawii
często na ścianach są malowidła z niebiańską orkiestrą.
Kiedy wszyscy trafimy do Syjonu, nie będzie tam techno.
Będą takie instrumenty.
Na rajskich plażach nie ma techno. Nie, panie Hitler.
Naprawdę smaczne.
Mogę się mylić, ale pamiętam,
jak wpadliśmy na pomysł projektu Nazaroff
albo rozmawialiśmy o nim nieco konkretniej.
Lecieliśmy z Tel Awiwu do Warszawy.
Po nerwowych dziesięciu dniach w Izraelu
i kłótniach z ludźmi na temat polityki.
Wtedy przez dwie godziny przesłuchiwała nas na lotnisku
jakaś 17-letnia dziewczyna z karabinem maszynowym.
To było zabawne. Spytała, po co mi dwie jarmułki.
„Dlaczego zabiera pan te jarmułki z powrotem do Moskwy?
Ma pan tam jarmułkę?”.
Odpowiadam: „Tak, mam jedną”.
Ona pyta: „Czy jest pan religijny?”. Zaprzeczam.
A ona: „To po co panu jarmułka?
Skoro pan jej potrzebuje, to jest pan religijny.
A jeśli nie, to po co ta jarmułka?
W razie potrzeby ma pan jedną, po co jeszcze dwie?”.
Coś takiego.
Mnie pyta, czy mam rodzinę w Izraelu. Odpowiadam, że nie.
A ona: „Co więc pan tam robił?”.
Mówię, że jestem muzykiem. „Mówi pan po hebrajsku?” „Nie”.
„Jaką muzykę pan wykonuje?” „Żydowską”.
„Bez hebrajskiego?” „Tak”.
Ona mówi: „Co to za muzyka?”.
„Gramy muzykę jidysz”. „Dlaczego taką?”
„Bo uważam, że jest dobra”.
„Ale czemu nie mówi pan po hebrajsku?”
I tak w kółko. Potem pyta: „Jest pan żonaty?”
Mówię, że nie.
„I nie ma pan tu rodziny?”
Spytała o to trzykrotnie.
Powtarzam, że nie mam.
„Ale mówi pan w jidysz?”
„Tak, nauczyłem się”.
„Ale hebrajskiego nie?” „Nie”.
I dalej: „Czy jest pan w związku z kobietą?”
Mówię, że tak. A ona: „Ale nie jest Izraelką?”.
„Nie”. „Czy jest Żydówką?”
„Nie”. „Ale mówi pan w jidysz?” „Tak”.
W końcu mówię: „Chce pani spytać, czy jestem Żydem?”.
A ona: „Nie!”.
Olaria Olara
W czarny bęben wal
Dzieci kochają małe kucyki
I małe żołnierzyki z drewnianą bronią
Małe wampiry w moich wersach
Staję na dachu, by widzieć słońce
Olaria Olara
W czarny bęben wal
Dzieci kochają małe kucyki
I małe żołnierzyki z drewnianą bronią
Małe wampiry w moich wersach
Staję na dachu, by widzieć słońce
Olaria Olara w ramionach twych
Markiz de Sade tańczy z hipisem
Morderca i ofiara miłością darzą się
No comments yet. Be the first to leave one.