Josh Johnson: Symphony

Josh Johnson: Symphony

Download Polish undertekster

Udgivelsesinfo

Josh Johnson Symphony 2026 iNTERNAL HMAX WEB h264-EDITH
En kommentar af tedi
Retail HMAX | 59:28

Tags

webdl
Udgivet den: 2026-05-23
Downloads: 21
Hørehæmmede: No

Forhåndsvisning af Polish undertekster

De første 200 linjer.

JEŚLI SZTUKA ZDOBI PRZESTRZEŃ, A MUZYKA ZDOBI CZAS,

POCZUCIE HUMORU ZDOBI CODZIENNOŚĆ

JOSH JOHNSON SYMFONIA

Szanowni państwo, gorące brawa dla Josha Johnsona!

Wielkie dzięki.

Jak człowiek się nie pilnuje, zwłaszcza facet,

to ostatnie 50 lat życia spędzi, próbując ogarnąć to,

co się wydarzyło do piętnastki.

A niektórzy tkwią w liceum do emerytury.

Staram się być równym gościem,

choć do perfekcji mi daleko,

ale zawsze znajdzie się ktoś, kto nazwie mnie śmieciem.

Każdy ma swoich wrogów.

Ale robię swoje: traktuję ludzi z szacunkiem.

Nie dlatego, że tak wypada, czy żeby mama była ze mnie dumna.

Po prostu tak zostałem wychowany, a świat wtedy jest lepszy.

Niestety dobry człowiek nie ma w życiu łatwo,

szczególnie na randkach. Od razu dostaje etykietkę „miły”.

A „miły” to wyrok śmierci.

Niby to komplement, ale nie daj się zwieść.

Jeśli laska po randce powie, że byłeś miły,

to jest po ptakach.

Nic z tego nie będzie.

Bo „miły” to powinien być standard.

To żadna poprzeczka - tylko dno.

To absolutne minimum.

Ktoś spędził z tobą czas i nie powiedział,

że jesteś uprzejmy czy uroczy. Tylko miły.

To tak jakby ktoś po randce w ciemno stwierdził:

„Było fajnie, miał twarz”.

Dobrze by było!

To pożądana cecha.

Ale to żadna zaleta, kiedy masz oczy w oczodołach.

Mówię o tym, bo kiedyś byłem bardzo niepewny siebie.

Podobała mi się pewna dziewczyna,

spróbowałem swoich sił i dostałem kosza.

Normalna sprawa.

Pierwsza lekcja odrzucenia zaliczona.

Ale to, jak odrobisz tę lekcję, buduje charakter na lata.

Minęło trochę czasu

i zaczęła spotykać się innym gościem. Ani trochę nie był miły.

Totalny buc i cham.

I nie mówię tego z zazdrości: każdy ma swoich wrogów.

Od dziecka słyszy się ten sam motyw,

„dziewczyny wolą palantów”.

Ta narracja króluje w kinie i w necie.

Buduje komedie romantyczne.

A ja nie kumałem, jak taka fajna dziewczyna

może być z takim bucem?

Nigdy nie rozumiałem,

dlaczego kobiety wybierają takich typów,

aż w końcu tydzień temu

do mnie dotarło.

Lecę w podróż. Jestem spóźniony, bo oczywiście zaspałem.

Kompletnie nieprzygotowany

pakuję się w panice i zamawiam Ubera.

Wsiadam do auta i trafiam na podręcznikowego kierowcę.

Porządny obywatel, jedzie spokojnie, przepisowo.

Nie wiedziałem, że są jeszcze tacy kierowcy:

nie tylko puścił muzę tak cicho, że słychać było kierunkowskaz,

ale skręty sygnalizował ręką.

Fantastyczny kierowca,

przepuszczał pieszych na żółtym.

Przemiły człowiek. Ale ja się spieszę.

Więc próbuję delikatnie:

„Myśli pan, że zdążymy?”.

„Mam nadzieję”.

I zaczyna liczyć na głos:

„Jedziemy 88 km/h,

szybciej nie mogę, to niebezpieczne.

Jedziemy 88 km/h,

a pan ma 36 minut na dotarcie.

Przy tej odległości

zdaje się, że będzie pan 10 minut spóźniony.

Współczuję”.

Ale...

w końcu dojeżdżamy na lotnisko i cudem łapię lot, bo był opóźniony.

Kilka dni później powrót. Niczego się nie nauczyłem.

Powtórka z rozrywki.

Pobudka, panika, pakowanie, wpadam do Ubera,

a kierowca tylko na mnie patrzy i pyta:

„Gotowy?”. „Tak”.

I rusza z piskiem opon...

Aż wcisnęło mnie w fotel.

Bezpieczeństwo? Zapomnij.

Bad boy pełną gębą.

Co to był za wariat! Jechał slalomem,

zajeżdżał ludziom drogę.

Typowy pirat drogowy.

Kierunkowskazy dla niego nie istniały.

Za nami koncert klaksonów. Było słychać i widać,

że to nie jest dobry kierowca. Totalny cham i buc.

Ale nie dla mnie.

I nie będę ściemniał,

czasem o nim myślę.

Jak stoję w korku...

odpływam myślami.

Parę dni byłem w LA

i jeździłem taksówkami z bardzo miłymi kierowcami,

ale jakbym opisał podróż z nimi? „Zawiózł mnie na miejsce i tyle”.

Ale nie w ten sposób.

Wiecie, o czym mówię?

Tacy beztroscy ludzie są pociągający,

póki tak samo beztrosko nie zaczną traktować ciebie.

Trafiłem na kolejnego kierowcę:

zero ogłady i zero uprzejmości.

Mieliśmy lekką kolizję.

Zajechał komuś drogę,

a ja bum, głową w szybę.

I tylko jedna myśl: „Dajcie mi jakiegoś miłego kierowcę!

Takiego, co szanuje przepisy i wie, co robi”.

Nie myśleliście nigdy, że pierwszy...

kręgarz na świecie...

był niespełnionym mordercą?

Ostatnio nadwyrężyłem plecy, więc poszedłem do kręgarza.

Szczerze, nie wiedziałem nawet, co dokładnie robią kręgarze,

tylko, że „nastawiają”.

Kładę się w błogiej nieświadomości,

a gość chwyta mnie za głowę oburącz.

„To ja już sobie pójdę”.

Nie wiem, czym ci podpałem,

ale naoglądałem się Jasona Bourne'a i wiem, jak to się kończy.

Nie ze mną te numery.

Nie mogę nigdzie wyjść z wujkiem.

Bo jest dziwakiem.

Ale to nie typowa dziwność jak na wujka przystało.

To inny poziom.

Na przykład weź go do knajpy i zamów najlepszy rarytas na świecie.

Nie potrafi po prostu zjeść jak człowiek,

musi obscenicznie flirtować z tym, co ma na talerzu.

Wziąłem go do eleganckiej restauracji, biały obrus i tak dalej.

Mówię mu, żeby się ładnie ubrał,

a ten przychodzi w swoim firmowym dresie.

„To ma być elegancko?”

„No przecież mam łańcuch”.

Siadamy, zamawia zupę z homara.

Najwyraźniej najlepszą w jego życiu,

bo bierze łyk i zamiast normalnie dać propsa,

zaczyna się rozpływać:

„Ale gęsta”.

Innym razem wziąłem go do baru z grillem.

Zamówił teksański tost z masłem,

ewidentnie najlepszy w historii Teksasu.

Bo bierze kęs i zamiast zwykłego „pycha”...

odpala swoje:

„No dalej...

Pokaż, co potrafisz, tłuściochu!”.

Zacząłem się zastanawiać, czy on tak specjalnie? Żebym spalił się ze wstydu?

Ludzie oglądają się, jakby chcieli potwierdzić, czy dobrze usłyszeli.

Ale on inaczej nie potrafi.

Wiem, bo raz zamówiłem pizzę.

Siedzimy na chacie, pełen chill, przyjeżdża pizza.

Idę do drzwi, odbieram, daję napiwek,

zanoszę ją do pokoju i idę umyć ręce.

A tego już swędzą łapki. Otwiera pudełko...

I cały czas myśli, że nie ma mnie w zasięgu słuchu.

Siedzi sam w pokoju...

bierze kawałek i zaczyna...

„Zaskoczyłaś mnie.

Będę musiał zgiąć cię wpół”.

Już nigdzie z nim nie idę.

Czasem coś przytrafia nam się w dzieciństwie,

ale nie mamy jeszcze słów ani perspektywy, żeby to zrozumieć i nazwać.

Dopiero po latach człowiek łapie się za głowę: „Co tam się odwaliło?”.

Albo opowiada znajomym i to oni nam uświadamiają, co tam się odwaliło.

Jako dzieciak chodziłem na karate i nie szło mi dobrze.

Byłem fatalny.

Do tego stopnia, że raz instruktor przerwał zajęcia, wziął mnie na bok

i mówi: „Jak ktoś kiedyś będzie do ciebie fikał, krzycz: Pożar!”.

Miałem w grupie same białe pasy,

może jeden żółty, jeden pomarańczowy...

I wszystkie dzieciaki po 11 lat.

Poza jednym.

Kevinem, lat 45.

I jasne, nigdy nie jest za późno na sztuki walki.

To świetny sposób na ruch, pewność siebie i tak dalej.

I nie miałem nic do Kevina.

Ale system w tej szkole był co najmniej dziwny.

Codziennie, przez 50 minut katowaliśmy w kółko dwa ruchy na krzyż,

po czym dawano nam dziesięć minut na sparingi.

Oczywiście za każdym razem jakiś dzieciak trafiał na Kevina.

I nikt tego nie kwestionował.

Rodzice siedzieli z boku

i rozbawieni patrzyli jak 45-latek okłada ich syna.

A jak masz 45 lat, a twój przeciwnik 11, każda technika zadziała.

Ile to razy ściął mnie z nóg?

Ile razy leciałem w poziomie, wściekły jak diabli?

Nikt z nas nie miał z nim szans, oprócz jednego chłopca.

Nazwaliśmy go Karate Kid. Skubany był genialny.

Świadomość ciała, refleks, miał wszystko.

Wysokie fizyczne IQ.

Raz zobaczył nowy ruch i od razu kopiował go perfekcyjnie.

Mieliśmy taką zabawę:

kładliśmy przedmiot na głowie wyższego dzieciaka,

a on strącał go kopnięciem z wyskoku,

nawet nie muskając włosów. Prawdziwy talent.

Ale przy Kevinie cały ten talent znikał.

Nawet nasz Karate Kid lądował na glebie.

Ale któregoś dnia miarka się przebrała.

Karate Kid zebrał ekipę: „Koniec tego dobrego”.

Kommentarer

No comments yet. Be the first to leave one.

Keep it about this subtitle — sync, quality, typos.500 characters left