De første 200 linjer.
Film częściowo oparty na faktach.
28 KWIETNIA 1978 HOTEL PLAZA, NOWY JORK
Nadajesz po ludziach, że spaprałem akcję?
- Załatwiłem ci apartament w Plazie. - Gówniany do bólu.
- Niby dlaczego? - Paskudne żarcie...
Co to? Wlazłeś mi do garderoby?
- Stroisz go tak samo jak mnie? - Tu nie chodzi o ciebie.
Upodabniasz mnie do niego? Bo wyglądam jak on.
On nosi welur...
Pokazałem ci co i jak. Chcesz to spieprzyć? Droga wolna.
Nie tknąłem jej. O to chodzi?
To...
- nie do końca prawda. - Nie uprawialiśmy seksu.
Przyłożyłem dłoń do jej twarzy.
Nie dotykaj mnie, kurwa.
- To mnie wkurza. - Wkurza cię?
Też się wkurzam, ale chcę ci pomóc.
Gdybym chciał cię wkurzyć...
zrobiłbym tak.
Gdybym chciał.
Nie powinieneś był tego robić.
Wkurzyłem cię?
Nie rób afery.
Nie lubi dotyku.
Jezu. Uczesz go.
- To czasochłonny proces. - Wielkie mi, kurwa, coś.
Musimy iść.
- Burmistrz czeka. - Wiem.
Wstąpimy do salonu piękności?
- Jak wyglądam? - W porządku.
Idziemy.
Sądziłem, że interesy prowadzi się twarzą w twarz.
Może jestem staroświecki...
Carl, szejk miał tu być.
Przepraszam. Zaopiekuję się tym.
To dla burmistrza.
Jeśli tego nie przyjmie, szejk poczuje się urażony.
- Carl, co to ma znaczyć? - Wszystko pod kontrolą.
Walizka jest dla mnie.
- Co to jest? - Nie wiem.
Nie znam was. Nie wiem, co tam jest,
ale dziwnie to wygląda.
Zwykłe nieporozumienie.
Przyjechałem do szejka. Tyle wiem.
Nie zastałem go.
To nie w porządku.
Chętnie pomówię z szejkiem. Wyznaczcie termin.
Dziękuję, życzę miłego dnia!
Irving, leć po niego.
- Biegiem. - Pomóż mi go przekonać!
- Musi wziąć walizkę. - Nie mój cyrk, nie moje małpy.
Nie masz nic do gadania. Musi położyć łapę na walizce.
Ot cały plan.
Po cholerę wciskałeś mu tę walizkę, młotku?
Zaczęło się sypać.
Wiesz, ile kosztował hotel? To była twoja zachcianka.
Teraz mam sprzątać po tobie.
Po tobie!
Rozumiesz, o co mi chodziło?
Wściekał się o szejka...
Musieliście walczyć o życie,
mając świadomość złych wyborów?
Nauczyłem się tego w młodości.
Ojciec miał zakład szklarski.
Wolałem należeć do skubiących, niż do skubanych.
Zwłaszcza po tym, jak oskubali mojego staruszka.
Po tym został mi uraz na całe życie.
Za punkt honoru przyjąłem sobie zwiększenie klienteli.
Nie wdałem się w ojca. Zostałem naciągaczem.
Od stóp do głów.
Przetrwam, choćby nie wiem co.
Odziedziczyłem zakład, kupiłem kilka pralni chemicznych.
Handlowałem dziełami sztuki.
Skradzionymi lub fałszywką.
Gospodarz życzy dobrej zabawy!
Zimą wybrałem się na imprezę przy basenie.
Do przyjaciół.
To Duke Ellington?
W rzeczy samej.
- Zmarł w tym roku. - Wiem.
Reszta towarzystwa pewnie ma go gdzieś.
Nie ja. Wiele razy uratował mi życie.
Mnie też.
- Którą? - "Jeep's Blues".
"Jeep's Blues".
O tak.
- Chcesz posłuchać? - Teraz?
- Tak. - Pewnie.
Kto odważyłby się tak zacząć utwór?
To magia.
Magia.
Był niespecjalnie wysportowany i czesał się na pożyczkę.
Ale miał w sobie to coś.
I pewność siebie, która przyciągała.
Był jaki był.
Nie przejmował się tym.
Była nietuzinkową osobą.
Tak jak ja, przyjechała z miasta bez perspektyw.
To zajęcie bywa podniecające.
Wymaga odwagi.
Dokąd ta odwaga mnie zaprowadzi?
Nie wiedziałam.
To się dopiero okaże.
Nauczyła się walki o byt i szukania nowych sposobów na życie.
Nowej tożsamości.
I jak ja, postawiła na lepszą, elegantszą przyszłość.
Wiedziała, że musi mieć wizję.
Przyjechała do Nowego Jorku
i z miejsca złożyła podanie o pracę w "Cosmopolitan".
Przejdźmy do rzeczy.
Temat numeru to cunnilingus. Co o nim sądzisz?
Lubię.
Umiejętności biurowe? Pisanie na maszynie?
Kochała świat, ale ugrzęzła w mało wymagającej pracy.
Bystra była z niej dziewczyna.
Jak żadna inna, którą znałem.
Znała się na swoim fachu.
Spłukana, odważna, nie miałam nic do stracenia.
Ponad wszystko marzyłam,
by stać się kimś innym.
PRALNIA
Miał własną sieć pralni.
Zapraszam.
Mam dwie w Bronksie i trzy na Manhattanie.
Cześć, Byron! To jest Sydney.
Tędy.
Zapytał, czy chcę odświeżyć swoją garderobę.
Miał mnóstwo ładnych ciuchów, pozostawionych przez ludzi.
Nawet nie wiesz, jakie rzeczy tu zostawiają.
- Ktoś tu coś zostawia? - Wychodzą się napić,
rano podrzucają ciuchy i zapominają.
Nie wiedzą, gdzie je podziali.
Cekinowe. Ładne czy niezbyt?
Są takie, które wiszą latami.
Nikt ich nie odbiera.
- Ładne? - Piękne.
Są twoje.
Jeśli chcesz.
Podoba mi się. Wyglądasz fantastycznie.
Zwalasz z nóg.
Rany!
O takich kreacjach mogłam tylko pomarzyć.
- Nie w moim stylu. - Jest piękna, włóż.
Proszę. Zobacz, jak ładnie.
Do twarzy ci.
- Serio? - Bosko.
Dla ciebie.
Miałem wrażenie, że łączy nas wspólna tajemnica.
To uczucie, gdy chcemy przebywać z tą jedną osobą.
Jakbyśmy rozumieli coś, czego inni nie pojmują.
Mogłem jej się zwierzyć ze wszystkiego.
W moim życiu nigdy nie było kogoś takiego.
Czułem, że wreszcie mogę być sobą.
Bez wstydu, zażenowania.
Co to za miejsce?
- Tu sprzedajesz obrazy? - Czasami.
- To moje biuro. - Widzę...
ale masz inne lokale.
Co tutaj robisz?
Czemu mnie tu przyprowadziłeś?
Rozkręcam nową działalność.
Pierwszoplanową.
Załatwiam pożyczki ludziom bez zdolności kredytowej.
Załatwiasz? Stopy procentowe wzrosły aż do 18%.
- Zgadza się, panno mądralińska. - Pieprzony Jimmy Carter.
A raczej Nixon.
Wojna, dług publiczny i cały ten burdel.
Kochana, jesteś taka mądra.
Dzięki, szkrabie, ale skąd bierzesz dla nich pieniądze?
- No... - Nie bierzesz?
Nie bierzesz.
Szanse na spłatę są nikłe, ale 5 tysięcy prowizji przytulę.
Pięć tysięcy?
Za nic?
To przestępcy - rozwodnicy, hazardziści, defraudanci.
Tonący brzytwy się chwytają.
A ty na nich czekasz.
Może poczekamy razem?
- My? - Tak.
Co ty na to?
Sydney. Przepraszam. Zagalopowałem się.
Nie chciałem cię rozgniewać. Wiem, że nie wszystkim to odpowiada.
Uwielbiam cię poznawać!
Po co mówiłem prawdę?
Na co mi to było?
Na co? Tak spaprać.
Kobietom nie mówi się prawdy.
Jest taka bystra. Jest inna.
Inna.
Jezu.
Miło było mnie poznać.
Tak powiedziałeś.
No.
Zechciałbyś poznać
Lady Edith Greensly?
Mam królewskie koneksje bankowe w Londynie.
Służę pomocą finansową, ale oczywiście muszę być...
bardzo wybiórcza.
To było, kurwa, genialne.
- Dziękuję. Podobało ci się? - Tak. Bałem się, że to koniec.
No comments yet. Be the first to leave one.