Esimesed 200 rida.
22 czerwca.
Cholera.
- Kto tam? - Pan Wesselrin?
- Kto tam? Cholera. - Telegram.
Już idę.
Proszę chwilę zaczekać.
- Pan Wesselrin? - Tak.
Przepraszam, nie mam drobnych.
Halo, Paris Match? Czy mogę rozmawiać z panem Jeanem-François Santeuilem?
Mówi Pierre Wesselrin. Dziękuję.
Halo. Jean-François?
Słuchaj. Słyszysz mnie? Moja ciotka umarła i zostawiła mi spadek.
Oczywiście, że istniała. Nie żyje, prawda?
Zostawiła mi spadek, mówię ci.
Nie wiem. Są dwie fabryki w Niemczech, jedna w Szwajcarii,
i mnóstwo plantacji w Brazylii.
Tak, dzielę go z kuzynem.
To kuzyn pierwszego stopnia, idiota. Jest jedyny.
Tak. Dopiero się dowiedziałem.
Pogrzeb jest w środę. Jadę jutro pociągiem.
Posłuchaj, stary, jesteś dziś wolny? Trzeba to uczcić porządną imprezą.
Pieniądze? Twoje, oczywiście.
Jestem bogaty. Mam spadek. Oddam ci sto razy tyle.
Nie, od razu. Nie bądź skąpy.
500 franków. Masz 500 franków. Za miesiąc oddam ci tysiąc.
- Kto tam? - To ja.
- Pierre? - Tak, to ja.
- Chwileczkę. - Nie martw się, wiemy, że jest gorąco.
Będę miał zamknięte oczy.
Posłuchaj, dzieciaku.
- Co się dzieje? Jesteś pijany? - Jeśli jeszcze nie, to będziemy.
Ubieraj się. Szybko. Wychodzimy. Robimy imprezę.
- Moja ciotka umarła i zostawiła fortunę. - 13 fabryk w Belgii, 14 w Szwajcarii.
- Twoja ciotka? - Tak, moja bogata ciotka.
- Naprawdę? Serio? - Tak. Naprawdę, naprawdę.
Fantastycznie!
Tam jest Fred.
Fred, chcesz z nami iść? Idziemy do Royala.
Nie zatrzymujesz się? Dobra. Kelner!
Jaki jest plan, Pierre? Dokąd idziemy?
Zjemy u mnie. Będzie dużo lepiej.
- Kupimy trochę jedzenia. - U ciebie. Dobry pomysł.
- Kogo zapraszasz? - Wszystkich!
Nie ma już nikogo w okolicy. Sami włóczędzy.
Nie obchodzi mnie to. Postawię wszystkim włóczęgom.
Halo, chciałbym rozmawiać z panną Dominique Laurent.
Wie pani, kiedy wróci?
Willy!
- Cześć, Willy. - Cześć. Jak leci?
Cześć.
- Co robisz dziś wieczorem? - Dlaczego? Co się dzieje?
Kolacja na nasz koszt. Dostał spadek.
- Nie gadaj! - To prawda. Jest milionerem.
Prawda, Pierre?
-Takie rzeczy się zdarzają. - Gratulacje.
- Dzięki. - Siadaj.
- Tak, ale... - Weź ze sobą dziewczynę.
To przyjaciółka. Chris, chodź tutaj!
- Dzień dobry. - Dzień dobry.
- Cześć. - Siadaj.
- Gdzie położyć to wszystko? - Gdziekolwiek.
- Mogę zadzwonić? - Proszę bardzo.
Wyrzucają mnie stąd.
Kto? Ten cały Bernac?
- Tak, mieszkanie zostało sprzedane. - Teraz już cię to nie obchodzi.
Co zostało sprzedane?
Ale z ciebie szczęśliwy głupiec.
- Mogę pomóc? - Proszę.
Najlepszy aperitif na świecie, odrobina likieru cassis z odrobiną białego wina.
Nie lubię białego wina.
Pokażcie trochę klasy, dzieciaki! Jedzcie, objadajcie się!
Patrzcie, on się objada.
- Położyć tutaj? - Tak, idealnie.
Przepraszam.
- Jean-François, idziesz? - Tak, chwileczkę.
- Dzwoni do swojej dziewczyny. - Ach tak, tej wysokiej.
- Dominique. Jest bardzo ładna. - Przepiękna Dominique.
- Jest bardzo ładna, ale... - Ale co?
- Zawsze masz jakieś „ale”. - Spokojnie.
- Mam na myśli kobiety w ogóle. - Z taką twarzą nie powinieneś nic mówić.
- Nalej mi drinka. - Dobrze, pij.
To nie dla mnie. To dla Jeana-François.
Dobrze, niech będzie, to najpiękniejsza dziewczyna w Paryżu. Naprawdę.
- Przepraszam, Cathy. - Nie jestem zazdrosna.
Oczywiście, Pierre nie jest typem, któremu pieniądze uderzają do głowy.
- Co on wygaduje? - Same bzdury!
Zbesztaj go!
Uważaj, żeby twój Pierre ci nie uciekł.
Halo, chciałbym rozmawiać z panną Dominique Laurent.
Twój kieliszek.
Halo. To ty, Dominique?
Szukam cię cały dzień.
- Co się dzieje? - Nie twój interes.
Niech się kłócą. Chodzi o to, co powiedziałem o pieniądzach?
- Chyba tak. - Co? Przecież nic złego nie zrobiłem.
Tak ci się wydaje.
Naprawdę nie wygląda na dziewczynę, która leci na pieniądze.
A ty, na kogo wyglądasz?
Świetnie!
W końcu, jeśli się kochają albo pobiorą...
Wyłącz to!
Widzisz? Nic mnie to nie obchodzi.
Wręcz przeciwnie, bawi mnie to.
Nie ma tu czego ukraść. Poza starymi książkami.
Nie trzeba niczego kraść!
Jeśli nie chcesz przyjść, to nie przychodź.
Prawie nikogo tu nie ma.
Takie rzeczy zawsze śmiertelnie mnie nudzą.
Poczekaj. Ktoś właśnie przyszedł. Muszę kończyć.
Tak, zadzwonię do ciebie.
- Cześć. Jak się masz? - Dobrze.
Nie udało się. Zadzwoniłem do trzech dziewczyn, żadna nie była wolna.
Nic wielkiego.
Znasz Michela Carona, fotografa z magazynu?
- Dzień dobry. - Dzień dobry.
- Frédéric... - Lanvert.
No wreszcie!
Oto nasz przyjaciel, mój ostatni pozostały przyjaciel, mój stary przyjaciel Camus.
- Caron. - Oczywiście, Caron.
Właściwie już się poznaliśmy. Tak, w zeszłym miesiącu we Flore.
To możliwe.
Świętujemy wydarzenie, które naprawdę jest niezwykłe.
Gratulacje.
To Cathy. Im więcej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się to niezwykłe.
Jak się masz?
Miło cię widzieć. Jak się masz?
- Dobry wieczór. - Nie zauważyłem cię.
Czego się napijesz? Oto mały poemat o Beaujolais.
To Bon Dieu, nie Bercy. Jesteś znawcą, prawda?
Wszyscy tutaj to asceci. Nic nie wiedzą o piciu.
Spójrz na tego faceta. Obżera się od szóstej wieczorem.
Przestań i chodź tutaj.
Daj mi to.
Dawaj.
Wiesz, o czym śniłem, kiedy obudził mnie telegrafista?
Że ukończyłem swoją sonatę na skrzypce.
Słyszałem ją całą, od początku do końca. Zagram wam ją.
Przepadła. To wina tego przeklętego telegrafisty.
Jestem pewien, że gdybym obudził się sam,
mógłbym zapisać całą swoją sonatę.
Chodźmy, zaczerpnijmy trochę powietrza.
Co za upał.
Wiesz, pomysły zawsze przychodziły mi przez sen.
Fortuna też!
- Wolę fortunę. - Naprawdę?
Tak czy inaczej, zawsze wierzyłem bardziej w swoje szczęście niż w talent.
- Nie bądź taki skromny. - Cóż mogę powiedzieć?
Zawsze byłem mistrzem lenistwa.
W tej dziedzinie nie mam sobie równych.
- Duszna noc. - Nienawidzę lata w mieście.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobię, będzie kupno domu na prowincji.
Od dziesięciu lat marzę, żeby zobaczyć niebo.
Przecież masz najlepszy widok w Paryżu.
Tak, Notre Dame, Pont Neuf...
Ale niebo. Nazywasz to niebem? Nie ma ani jednej gwiazdy.
Ani jednej. Tam jest jedna. To Wenus.
- Gwiazda wieczorna. - Znajduje się po przeciwnej stronie.
Zniknie do września. Potem zobaczymy ją rano,
ponieważ jest bliżej Słońca niż Ziemia.
Dlatego nikt tam nie mieszka.
Naprawdę?
- Tak, ale dziś muzyka... - Co, jesteś muzykiem?
Nie. Teoretycznie jestem malarzem.
Wystawiasz swoje prace?
Można tak powiedzieć.
Raczej zajmuję się tym tylko trochę. Głównie sprzedaję obrazy innych.
I to też powiedziane z przesadą.
To dziwne, ale za każdym razem, gdy sprawdzałem horoskop,
przepowiednie się sprawdzały.
- Do czterdziestki miałem... - Dreptać w miejscu.
Właściwie tak.
Potem czeka mnie albo fortuna, albo nędza.
A ponieważ kończę czterdzieści lat 2 sierpnia,
gwiazdy po prostu wyprzedziły się o półtora miesiąca.
- Niesamowite, prawda? - Jesteś Lwem?
- Tak. - Ja też.
To wspaniale. To najszlachetniejszy znak, znak zdobywców.
Rządzi nim Słońce.
- A ty jesteś... Wodnikiem? - Tak.
- To dobrze? - Wszystkie znaki są dobre albo złe,
zależnie od tego, czy gwiazdy układają się korzystnie, czy niekorzystnie.
Więc zawsze się zgadza.
Liczy się nie tylko miesiąc, ale także godzina narodzin.
Słońce rządzi moim znakiem, ale moją gwiazdą jest Wenus.
Astrolodzy nazywają ją „drugą planetą rządzącą”
albo „planetą ascendentu”.
Nie wiedziałem, że jesteś tak oczytany i przesądny.
Moi drodzy, nie kpijcie.
Astrologia jest najstarszą i najdokładniejszą ze wszystkich nauk.
Ze wszystkich, mówię. I ogromnie ją podziwiam.
Ale z ciebie bajkopisarz!
Mam pomysł.
Nie zaczynaj awantury. Uważaj.
Zobaczycie, oddam hołd Wenus po swojemu.
Po lwiemu! Bo Lwy kochają Wenus, a Wenus kocha Lwy.
Pierre, oszalałeś! Narobisz kłopotów. Po drugiej stronie jest policja.
Mam gdzieś gliny.Jestem bogaty. Zapłacę mandaty.
- Chyba nie chcesz strzelać do gwiazdy? - Nie, mam lepszy pomysł.
To już przesada.
Schowaj to.
No comments yet. Be the first to leave one.