200 baris pertama.
Szybciej!
Jedź szybciej, Eef.
Musimy się śpieszyć.
- Usiądź. - Tędy.
Tam są.
- Tak. - Wypuść mnie.
- Czekaj! - Kato!
- Czekaj! - Kato!
72 GODZINY WCZEŚNIEJ
NIEZRĘCZNY WEEKEND
OFICJALNA LIGA - BASEBALL
Ollie, dzwonią do mnie z lat 90.
- Chcą odzyskać to ujęcie. - Kurwa!
- Przykro mi. - Komórki.
- Mój Boże. - Naprawdę nagrywasz?
- No chodź tu. - Ollie, spójrz na tatę.
- Wstydzi się. - Nie pamiętam.
Dzisiejsza młodzież.
Ten finał był legendarny!
Mistrzostwo.
Tak. Prawie.
- Zalejesz silnik. - Nie ma czasu.
- Bracia. - Co to ma być?
- Gala wręczenia nagród. - Tak.
- Te koszulki były ładne. - Jaki blond.
Daj mi to.
Co roku to samo.
OL-LIMPIADA
- Spójrzcie na mnie. - Brawo.
- Gratulacje. - Igrają sobie.
- Dobra. - Nieźle.
Teraz za tatę.
Tym razem zamiast węgla używam drewna.
- Otworzyłem butelkę wina. - Dobrze.
Cóż, witaj, braciszku.
Job? Słońce, widziałaś Joba?
- Ollie pójdzie na szczyt stołu. - Świetny pomysł.
Jest już Eef?
Tu Eef. Robię teraz dużo przyjemniejsze rzeczy
niż rozmawianie przez telefon...
- Żyjesz? - Tak.
Cześć, Eef, to znowu ja. Wszystko w porządku?
- O kurwa. - O której przyjedziesz? Bo już czas...
Poczekaj chwilę. Cholera. Oddzwoń.
Cześć, łobuzy.
- Cześć. - Wszystko gra?
Tak.
Mamo, mają wstawać, gdy owce będą zielone.
Pilnuj tego, bo się nie nauczą.
- Uważajcie. - Bądźcie mili!
Muszę kończyć.
- Idźcie się pobawić. - Kocham was. Pa.
Idealnie.
- Co przygotujesz? - Gołębia ze ślimakami.
- Mięso z owocami morza? - Nie.
Albo zacznę przemówieniem i potem rozsypiemy prochy,
albo zrobimy to po finale.
- Zobaczmy najpierw, jak ona się czuje. - Jasne.
Myślę, że boi się rozsypać prochy miłości swojego życia.
No tak.
- Jel, jak to zwą? - Co?
- Pizdeczka? - Kozia bródka.
- Tit... - Odzywała się?
Wciąż nie odbiera telefonu.
- Serio? - Co tak śmierdzi?
Jezu, Tit, mogłabyś skremować tu swojego brata.
Będzie dobrze. Mamy deskę serów. Jest szynka iberyjska i ostrygi.
Kato!
O nie.
- Job, wynieś to biedne zwierzę. - Nie było wyjścia. My albo on.
- Kto? - Ta bestia.
Szedł prosto na nas, miał szalony wzrok.
Strzeliłem mu w szyję.
- Daruj mu te Rambo-wypady. - To się nazywa polowanie.
- Tak nie można. - Dlaczego?
Bez paniki.
Plamy zeszły prawie całkowicie, więc... Boże!
Eef może tu być lada chwila, a martwy dzik nie wpasowuje się w charakter spotkania.
- Kogoś brakuje? - Eef, tato. Niedługo będzie.
- No to fajnie. - Za nogi go.
No dalej.
- Jelpie, nie dogoliłeś się. - Co?
- Naokoło pyska. - No tak.
- Eef jedzie. - Świetnie, tato.
Przygotowałeś coś?
Jak widać na załączonym obrazku.
Był twoim najlepszym przyjacielem.
- Coś wydukam. Będzie dobrze. - Musicie ciągnąć!
- Jelmer. - Tak, ciągnij.
Ciągnij.
- Gdzie jest Eef? - Nie wiem, ale tylko ja się tym martwię.
- Zaopiekujemy się nią. - Powiesimy go tam.
Co? Kurwa.
Dobrze, tato?
- Tak, to tylko rak. - Nie masz raka.
- Ale mogłem mieć. - Niech będzie przyjemnie.
- Cześć! - Cześć, kochani!
Poznajcie Brama.
Cześć.
- To brama do mojego serca. - W kamperze brzmiało to śmieszniej.
Tato?
- Siostrzyczko! - Siostrzyczko.
- To moja siostra, Kat. - Cześć. Bram?
Rany. Co za bestia. To mój prezent powitalny?
- Tak, wybacz. - Kwiaty by wystarczyły.
- Ale tego jeszcze nie masz. - Cześć, skarbie. Dobrze cię widzieć.
- Podróż się udała? - Tak, ale się dłużyła.
- Coś zimnego do picia? - Jasne.
- Fajnie. - Mój drogi Jel.
- O rety. - Cześć, kochany.
- Niezła broda. - Tak?
Tak.
To buty Olliego?
- Tak. - Do twarzy ci w nich.
Ładny garniak.
Tak, to wełna. Koza angorska z Turcji.
Nie jest za ciepło?
Wełna grzeje, gdy ma być ciepło i chłodzi, gdy jest gorąco.
Nazywam się Jelmer.
- Ładne imię. - Cześć, Tit. Poznaj Tit.
Cześć, Tit. Bram.
- Titia. - Jasne.
- Przepraszamy za spóźnienie. Korki i... - Lepiej późno niż wcale.
- Możemy się najpierw odświeżyć? - Oczywiście.
Skarbie, ręczniki są pod umywalką.
- Szampon i odżywka... - Dziękuję, kochana.
Do później.
- Co jest, kurwa? - To ten znany piosenkarz.
- Jak tak można? - Z naszego weekendu nici.
- Ale zwrot akcji. - Będzie dobrze.
- Czyżby, Job? - Dla taty to trudne.
To twoja siostrzyczka, więc zajmij się tym.
- Prawdziwy prysznic to miła odmiana. - Wolałabym vana.
Tak. Zdecydowanie.
Czy to było niezręczne?
O ile sama tak uważasz. Wszystko jest tutaj.
Zabawne. Myślałam, że...
raczej tutaj.
- Dotknęłaś, więc musisz skończyć. - Czyżby?
- Zasady to zasady. - Wybacz, mistrzu.
- Albo to jej odskocznia. - To nieistotne.
- To częste. - To brak szacunku.
- Może coś zaśpiewa. - Odwołujemy to.
- Ostatni album był niezły. - Job, nie teraz.
- Dajmy temu szansę. - Ty im powiesz czy ja?
Muszę zmienić całe show.
- Ty też słuchasz jego muzyki. - By zagłuszyć twoje dźwięczne banjo.
- Bluegrass, jeśli już. - Cieszę się, że przyjechała.
- Zęby umyte? - Nie tylko zęby.
Dobra. Ja pójdę.
Co tak śmierdzi?
To moja chemiczna toaleta.
- To tutaj mieszkasz? - Tak.
Mały, ale przytulny.
- Co tam? - Nic.
Przyszłam obejrzeć twój kamper.
Fajnie.
- Co o tym myślisz? - O moim kamperze?
Nie, o tym wspólnym weekendzie.
- Fajny pomysł, prawda? - Tak, bardzo.
- Ale zrobiło się dziwnie. - Dziwnie? Dlaczego?
To całe rozrzucenie prochów.
Z kimś nowym.
- Co to miało znaczyć? - Miło, że pytasz, jak się czuję.
- Ciekawi mnie, co czujesz. - Inaczej sobie to zaplanowałaś.
- Martwię się o ciebie. - Potrafię o siebie zadbać.
To trochę dziwne, że przyprowadzasz nowego chłopaka.
Siedzisz na tej toalecie miesiącami. Nie odzywasz się do nas.
Wszyscy dwoją się i troją. Co mamy myśleć?
- Nie prosiłam o to. - To jest dziwne.
Ollie też by tak pomyślał.
Tak? Dobra. Ja tak nie myślę.
- Ani trochę. - Proszę.
Tak, Stan.
Bram.
Han. Ol-limpiada.
Mój brat co roku organizował je z pompą.
I z wielkimi nagrodami. Ostatnio Job wygrał skuter śnieżny.
Trzyosobowy. Było miło.
W tym roku będzie wyjątkowo. To będzie hołd.
Tylko jego ulubione dyscypliny, ale z twistem.
- Super. - Tak, super.
Tak, może być ciężko. Masz może słabe kolana?
- Nie. - Dobrze.
W tym roku ty jesteś organizatorem?
Tak. I prowadzącym.
- Mam też swój występ. - Występ?
Powinienem raczej powiedzieć... spektakl.
- Spektakl. - Tak.
A ty i Eef?
Byliście...
zaledwie na paru randkach czy...?
Podróżujemy razem od sześciu miesięcy.
I jesteśmy szaleńczo w sobie zakochani.
Czyli to nic pewnego.
Prawda?
Cóż. Świetnie.
W dobry dzień jest prawie taki jak kiedyś.
Co ty tutaj robisz?
- Nie cieszy cię mój widok? - Jasne. Ale nie taki jest cel.
No comments yet. Be the first to leave one.