Pierwsze 200 wierszy.
UŚMIECH LOSU
Co mówią?
W taką pogodę nic nie zrobią.
Wznowią poszukiwania, jak tylko…
Będzie za późno.
Już się wycofali.
Lepiej zaczekaj.
Dawaj helikopter.
Helikopter?
Jaki helikopter?
Jak mam to załatwić?
No i na co ci helikopter?
Muszę tam być.
W taką pogodę nie polecisz.
Poza tym musisz mieć zgodę pani Gu.
Czyli jest ryzyko?
Zyski zdają się początkowo rosnąć,
ale to tylko złudzenie.
Zysk netto na dłuższą metę spadnie…
Czyli mylę się?
Ależ nie.
Brak mi wyczucia co do przyszłości firmy?
Nie.
Czyli do tej pory robiłam dobrze.
Tak, zgadza się.
Skoro ja mam rację, a wy się mylicie,
to po co tu jesteście?
W handlu równoważymy stabilizację z ryzykiem.
Aby udowodnić, że Alanga
nie była tylko ryzykowną inwestycją…
O co chodzi?
Potrzebuję helikoptera.
Mam spotkanie.
Zaginęła pracownica.
- Zgłoszono mi. - Co dalej?
To nie sztab kryzysowy.
Co z tego?
Helikopter.
Potrzebuję twojej zgody.
Panie Gu.
Czy ktoś z tu obecnych ma stanowisko niższe od twojego?
Dość już tego wszędobylstwa syna prezesa.
Chcesz mojej zgody? Trzymaj się formalnego postępowania.
Przepraszam za najście.
Nasza pracownica utknęła w górach.
Nie odbiera telefonu, ale możemy ją namierzyć.
Poszukiwania wstrzymano z powodu pogody.
Właśnie dlatego
potrzebuję helikoptera.
Porozmawiamy później.
- Pani Gu. - Wyjdź.
- Nie mam czasu. - Nikt go nie ma.
Nie widzisz, że jesteśmy w trakcie spotkania?
Proszę.
Żadna firma nie wyśle helikoptera po pracownika.
Wiesz, ile kosztuje jeden lot?
Opamiętaj się.
Hwa-ran.
Ty ją tam wysłałeś.
Trzeba było tych pracowników nie wysyłać.
Kontynuujmy.
Na czym skończyliśmy?
Mówiliśmy o inwestycji w Alangę i ryzyku.
Zawsze chciałam stworzyć z Alangi słynną luksusową markę.
- Po to… - Marzenia.
Firma zbyt zapatrzona w zyski,
która nie dba o pracowników,
nie będzie żadną luksusową marką.
Czcze marzenia.
Mówi ktoś, kto o niczym nie marzy.
Prawda?
Sam polecę tym helikopterem.
Pokażę, jaki jestem wszędobylski.
Życzę państwu grubej kasy.
Uruchomcie helikopter.
Gu Hwa-ran się nie zgodziła.
Ale tu mówi Gu Won.
Wezmę to na siebie.
Kiedyś musiało nastąpić starcie.
Teraz pani Gu już ci nie będzie podskakiwać.
Nieźle załatwiłeś pierwszy pojedynek.
Tu chodzi o czyjeś życie.
Nie o władzę.
Władza ratuje ludzi.
Wracaj do domu.
Dam ci znać, co z nią.
Nie wracam.
Nic tu po tobie.
Ja zostanę.
A ja polecę.
Zwariowałeś? W taką pogodę?
Miłość cię oślepia,
- tak nie można! - Puść.
A jak coś ci się stanie, co ze mną?
Tylko ciebie znam w tej pracy!
Postawiłeś na złego konia.
Już mnie zostaw.
Po moim trupie!
Nie dam ci przejść, będę jak kłoda!
To się połóż!
Co? Nie słyszę!
Szybko! Nie ma czasu!
W takim razie miłego lotu!
Tędy, proszę!
Ale masz wrócić cały!
Tylko tam uważaj!
Nie daj się!
ODCINEK 6
Co to było?
Boję się.
Czy ja umrę?
Boję się, babciu.
Co robisz?
- Zostaw mnie! - To ja!
- Puszczaj! - To ja!
Pan Gu?
Tak.
To ja.
Zraniłaś się? Nic ci nie jest?
Człowiek? Nie duch?
Tak, to ja.
Tak strasznie się bałam, że tu umrę.
- Nic ci nie jest. - Dziękuję.
- Już dobrze. - Dzięki.
Jestem przy tobie.
Myślałam, że umrę.
Cel uratowany.
Wygląda dobrze.
Zawracam, za mocno wieje.
Skąd pan się tu wziął?
- Z helikoptera. - Pożyczył pan helikopter?
Miałem w domu.
Skąd ktoś miałby mieć…
No tak, pan ma.
Ale jak wrócimy na górę?
Idziemy i już.
Nie jest pan sam, prawda?
Zrzucą nam linę albo coś.
Zaraz.
Jest pan sam i bez niczego?
Przynajmniej masz towarzystwo.
Faktycznie, przynajmniej tyle.
No ale…
Kiedy się ogarnąłem, już tu leciałem.
Nie miałem chwili do namysłu.
Wiedziałem tylko, że muszę cię uratować.
Dlaczego?
Sam się zastanawiam.
Dlaczego tu jestem?
A co teraz zrobimy?
Nie martw się.
Jestem tu.
Halo? To ja, Gu Won.
Pomocy.
Z czego się śmiejesz?
Bez powodu.
„Pomocy”.
Rano przyślą ekipę ratunkową.
Trzeba wytrzymać do rana.
Co za ulga.
Ochronię cię.
O ludzie.
Co to było?
Słyszałem coś, coś tu jest.
Kto tu kogo chroni?
Ja tylko osłaniałem tyły.
Jasne? Zawsze to powtarzam.
Wrogowie atakują od tyłu.
Więc ja…
Boże! Co to jest?
No nie.
Łatwo pana przestraszyć.
Wcale nie.
Jedzcie, ile dusza zapragnie.
- Dziękuję. - Dziękuję.
W życiu takiego tchórza nie widziałem.
Czy to duch, czy to dzik, trzeba walić jak mężczyzna.
Wciąż mi dźwięczy ten pisk w głowie.
Zgadzam się.
Chwila, co?
Żaden pisk. To był okrzyk wojenny.
W sumie taki ryk.
Bum!
Coś w tym stylu.
Panienka z Hotelu King?
Tak. Przepraszam za kłopot.
Mówią mi, że panienka nie wróciła, więc wyszedłem jej szukać.
Wyszła panienka w taką pogodę?
Odwaga czy brawura?
Ona nie myśli.
Co z tego, że firma kazała?
Co panience po firmie, jak sama umrze?
Praca nie jest warta życia.
Nie ma nic głupszego.
Ma pan rację.
Chciałam zignorować polecenie, ale szefostwo mi kazało.
Szefostwo? Kto konkretnie?
Właśnie on.
Ale pyszne. Dziękuję.
Pan je.
No comments yet. Be the first to leave one.