200 บรรทัดแรก
W poprzednim sezonie...
Stój!
Detektywie, ilu ludzi pan zabił?
Nie wiem.
Wydział oczyścił pana z zarzutów.
To była konkretna strzelanina.
Widziałeś się z nią?
Vegas jest cztery godziny stąd.
Cześć, Maddie.
Rozmawiamy pół minuty, a ty sugerujesz, że jestem złą matką.
Auto jest kradzione.
Wprowadziłeś dobry numer?
Tak. Zapalaj.
Auto jest moje.
Tablice też.
Cholera!
Zacznijmy od łatwych pytań.
Kim jest trup w vanie?
Gdy Pierce i Irving junior zgarnęli tego Waitsa,
Irving celowo wprowadził niewłaściwy numer rejestracyjny.
Nawet jeśli nie wykorzystam swoich wpływów, by ci pomóc,
ludzie i tak uznają, że to zrobiłem, a to może zaszkodzić nam obu.
Słyszałem, że zidentyfikowaliście ofiarę z Laurel Canyon.
Arthur Delacroix. Miał 12 lat.
Waits przyznał się, że go zabił.
O'Shea chce startować na burmistrza,
więc sprawa Waitsa jest dla niego jak polityczna viagra.
Pan Waits wskaże nam miejsca zbrodni,
a my będziemy śledzić każdy jego ruch.
Może poluzujemy mu kajdanki.
- Jeszcze nas pozwie. -Wykluczone.
Bosch, zrób to.
Cholera.
Harry, nie!
Padły strzały, ranny policjant.
Partner ściga sprawcę w nieznanym kierunku.
Nad rzeką Los Angeles, Sixth Street.
- Powiedz, że to nagrałeś. -Tak, ale zabrał kartę.
- Kto? -O'Shea.
Nie ujawniaj nagrania,
ja wygram wybory. A ty będziesz komendantem.
To ja jestem pomnikiem. Ja.
- Rzygam tobą. -Może spróbujesz sam mnie odsunąć?
Nie odwracaj się...
Dlaczego dałeś się sprowokować?
On pierwszy mnie dotknął.
PÓŁ ROKU PÓŹNIEJ
Jak poszło? Rozmawiałeś z nim?
Co powiedział? Co się stanie?
Będzie dobrze, skarbie. Rozmawiałem z szefem.
- Dziś rano? -Wczoraj wieczorem.
- Porozmawia z Luckym? -Powiedział, że się tym zajmie.
Jesteś tego pewien?
Skoro tak powiedział, to na pewno się tym zajmie.
Możesz się upewnić?
Tony?
- Tony? -Muszę kończyć, skarbie.
Zadzwonię później.
- Dziękuję, że się pan zatrzymał. -Pomóc pani?
Nie mam telefonu. Może pan wezwać lawetę?
Co się stało?
Nie wiem. Po prostu...
Zgasł.
- Spokojnie. Zadzwonię po pomoc drogową. -Dziękuję.
Maddie, golę się. Oddzwonię za pięć minut.
- Okej. Tato? -Tak?
Zgol te pekaesy. Wyglądasz jak kloszard.
Kloszard? Skąd ci się to wzięło?
To stare określenie.
Wąsów też się pozbądź.
Wąsów? Podobają mi się.
Aktor porno z lat 70. Błagam.
Dobra. Oddzwonię.
- Pa. -Pa.
- Lepiej? -Super. Wyglądasz dużo młodziej.
- Właśnie wychodzę. -Wiem, chciałam ci życzyć powodzenia.
Dzięki. Miło z twojej strony.
- Miłego dnia, tato. -Nawzajem.
Pa.
- Harry, jak ci leci? -Cześć, Barrel.
- Widziałeś Edgara? -Dopiero przyjechałem.
- Porucznik go szuka. -Powiem mu.
- Chcesz kawy? Idę zrobić. -Nie, dzięki.
Hej, Harry.
J. Edgar.
- Billets cię szuka. -Tak słyszałem.
Słuchaj, gdybyś chciał sprzedać dom,
to mam kupca.
- Nie chcę. -Pytam poważnie.
Nigdy w życiu.
Ja bym tam go nie chciał, ale wiesz,
niektórzy lubią prowokować Matkę Naturę.
Mówi Jerry Edgar, chciałbym rozmawiać z Charisse.
Jakbym wyskoczył po papierosy.
W RAZIE POTRZEBY ZBIJ SZYBKĘ
Banda dupków. Pieprzcie się.
Witamy z powrotem, partnerze.
- Nabraliśmy cię, co? -Jeszcze jak.
- Cześć, kolego. -Cześć.
Nie stać cię na więcej?
Cóż, lekarstwa mnie otępiały. Ale doszedłem do siebie.
- Niska poprzeczka. -Harry Bosch?
Teraz czuję, że wróciłem do domu.
Chilton Hardy.
Przestępstwa seksualne, seryjny gwałciciel i morderca.
Jerry i Ig pracują nad tą sprawą.
Uważamy, że w grę wchodzi kilkanaście innych.
- Kalifornia, Nevada. -Co o nim wiemy?
Ig ma kontakt do ojca Hardy'ego w Panorama City.
Chcemy z nim pogadać. Za chwilę wyjeżdżamy.
Panorama City. Lepiej być nie może.
Pojedziesz z nimi.
- Poradzimy sobie. -Właśnie, poradzą sobie.
Jedź z nimi, Bosch. Pierwsze zadanie, na rozgrzewkę.
Kocham ten entuzjazm, panowie.
- Bosch? -Tak?
Przyda ci się.
Postaraj się nie zgubić.
Dzięki.
Szukam tej panoramy, ale nie widzę.
Kiedyś rosły tu drzewka pomarańczowe.
Po wojnie wszystkie wycięli i postawili domki dla weteranów.
Amerykański sen.
Każdy obywatel ma dom, samochód i garaż.
- Edgar i ja zajmiemy się rozmową. -Na to liczyłem.
Nie widziałem Chiltona od lat.
Nie wiem, gdzie jest, i mam to w dupie.
Znowu ma kłopoty?
Chcemy z nim porozmawiać. Jego nazwisko wypłynęło w śledztwie.
- Rozejrzę się. -Bez nakazu?
Nie ma go tu.
On może tak robić?
Najwyraźniej.
Kiedy ostatnio rozmawiał pan z synem?
Jak wyszedł z pierdla.
To było z osiem lat temu.
- Czego chciał? -Pieniędzy.
Powiedziałem, że ma sobie znaleźć innego frajera.
Skąd dzwonił?
Chyba z Tucson.
Nie wiem, dlaczego tak skończył.
To pewnie wina matki.
Znalazł pan to, czego pan szukał?
Mówiłem, że go tu nie ma.
Nie powiedział nam pan, gdzie jest.
Ile razy mam powtarzać? Nie wiem.
- A ja sądzę, że pan wie. -To nękanie. Jestem chory.
Na co, panie Hardy?
- Słucham? -Na co jest pan chory?
Na coś poważnego, debilu. Ślepy, czy jak?
- Tlen? Wózek inwalidzki? -Tak.
Cholera.
- Niech to. -Chilton Hardy.
Skujcie go, jest wasz.
Stój, dupku. Jesteś aresztowany.
Szlag by to.
Kluczyki!
Nie ruszaj się, dupku.
Kajdanki?
- Chrzań się. -Morda w kubeł.
Masz, Harry.
Nieźle jak na staruszka. Szprycujesz się?
Musisz zadbać o kondycję, J. Edgar.
Zmienić buty.
- W tych mokasynach nie pobiegasz. -Rzadko biegam.
- Wstawaj. -Powaga.
Wstawaj.
Cholera.
Dasz sobie z nim radę?
Sympatyczny ten twój były partner.
Były?
- Mank. -Kapitanie.
- Detektyw Bosch. -Kapitanie.
Dopiero co pan wrócił i podobno już pan kogoś złapał.
To zasługa Edgara i Ferrasa. Ja się z nimi zabrałem.
Mank to dobry człowiek. To twój kumpel?
Dobrze, że widział, jak Pounds pana chwycił.
Nie bał się tego powiedzieć.
- Nie przesadził pan? -Nie.
Dobra, Bosch.
Rób swoje, trzymaj nerwy na wodzy.
Dogadamy się.
- Dobrze poszło. -No.
Oficer Przyjazny.
No cóż, zakumplować się z nim nie da.
Ale ma jedną zaletę: to nie Pounds.
A co się stało z Poundsem?
Nie uwierzysz, Harry.
- Kradzież dzieł sztuki. -Masz rację. Nie wierzę.
- Co on wie o sztuce? -Wie, co mu się podoba.
Jesteś okropny.
Harry.
- Przyznał się? -Daliśmy mu czas.
Przypuszczam, że zwłoki tatusia będą pod podłogą.
Pewnie tak. Idziemy na lunch?
Muszę coś załatwić.
Chciałbym, żebyście przyszli obaj.
Krótki termin.
Twoja postawa wpłynie na wartość twojego wsparcia.
- Mam kazanie w niedzielę. -Doskonale.
No comments yet. Be the first to leave one.