The first 200 lines.
NETFLIX PRZEDSTAWIA
Do bani.
Nie widziałeś Matta?
Był na górze.
- Cześć, mamo. - Cześć.
Nie ubieraj mnie.
Będzie dobrze.
Oboje przez to przejdziecie,
bo Pan ma dla was plan.
- Wiem, ale nie zakładaj mi buta. - Musisz się pozbierać.
I być tym wspaniałym facetem, którym zawsze byłeś.
Nie musisz wiązać mojego buta.
Nie zawiązuj, mamo.
Musimy się pospieszyć.
Co to znaczy?
- Mamy jeszcze dwa tygodnie. - Właśnie.
Brakuje wód płodowych.
Państwa córka jest już dość duża, więc pomóżmy jej wyjść.
- To dziewczynka. - Wiem, usłyszałem.
Przepraszam. Miałam nie mówić?
Zastępuje pani naszą lekarkę,
która akurat w tym tygodniu poleciała na Maui, szaleństwo.
Nie ma to jak bodysurfing.
To nasze pierwsze dziecko.
Jest ułożona pośladkowo. Wieczorem zrobimy cesarkę.
Dziś wieczorem?
Nie złożyłem jeszcze łóżeczka…
Poważnie?
Powinnam była sama to zrobić. Kazałeś mi to wykreślić z listy.
Chciałem, żebyś już wykreśliła. Zajmuję się tym.
To mnie uspokoiłeś.
- Skarbie, ogarnę to. - Jesteś na to gotowy?
Tak! Nie… Kto naprawdę jest gotowy?
Co ma znaczyć, czy jestem gotowy?
Dziś wieczorem? Możemy jutro?
Wraz z kolegami gramy w ligę, tworzymy własne drużyny futbolowe.
Robimy zrzutkę i…
Żartuję. Czemu w to wierzysz?
Spokojnie, skarbie.
To było dobre.
- No dobra. - Wszystko gra?
Tak, ręce mi się pocą.
Mnie też.
SZPITAL BOSTOŃSKI
Czemu nas nie uprzedziliście?
Chcieliśmy sprawić niespodziankę.
Urodzić dzisiaj i zrobić kawał Marion.
- Świetne poczucie humoru. - Przynajmniej je mam. Pa.
Mamo, zadzwonimy po wszystkim. Kocham cię.
Nie! Połączcie się w trakcie porodu.
- Co? Mamo! - Teraz robi się dziwnie.
Chcę być z moją córką na sali
i zobaczyć, jak moja wnuczka przychodzi na świat.
Zajmę się nią.
Jak dzieckiem kuzynki Janey?
Mamo, to stare dzieje.
- Zaczyna się. - Nie tak stare.
Nie bierzemy dziecka na kolana
i nie przypinamy się pasami
na fotelu pasażera, jadąc do sklepu.
Wiem, że nie bierzemy dziecka na kolana i nie przypinamy się pasami,
jadąc do sklepu.
Wiem to!
Świetnie. Zadzwońcie!
Bąbelku, mamusia zobaczy cię jutro.
Dobra, pa.
Ucałuj tatusia.
I całus od mamusi. Dwa całusy.
- Pobudka. - Mój Boże.
Jestem gotowy do tańca.
- Matt, cześć. - Hej.
Co tam?
Trzymaj się z dala od zapiekanki z tuńczykiem.
Ta pośrodku smakuje jak rzyć.
Oscar, to zapiekanka mojej mamy.
Bardzo dobra. Ma taki wyrazisty smak.
- W porządku. - Jest aromatyczna…
Chodź.
Matt.
- Jordan, nie… - No chodź.
Przytul się. Potrzebujesz tego.
Przytul się.
Uwolnij to. Oddychaj.
Daj spokój.
Coś ci powiem. Ta przemowa…
Twoja przemowa.
Wyszedłeś tam i przemówiłeś.
Nie wiem…
Nie wiem, co powiedzieć.
Myślałem, że coś napisałeś,
ale ty poleciałeś z głowy.
Skończyliśmy? Nie mogę teraz tego słuchać.
- Proszę. - Nie, Matt. Spójrz na mnie.
- Możesz. Wyjaśnię ci to. - Nie słuchasz.
Pamiętasz wyjazd na obóz Winapoo?
- Tak. - Wpadłeś w trujący bluszcz.
Na twarzy miałeś pełno pęcherzy.
Potem bąble pękały i sączyła się z nich ropa.
Wyglądałeś fatalnie.
Na lunchu spotkałeś Marcy.
Kochałeś się w niej.
Kiedy go ujrzała, zaczęła krzyczeć.
- Byłeś załamany. - Tak.
- Ale przetrwałeś. - Tak.
Przetrwałeś to?
Bo jesteś silny i pewny siebie. I teraz też przetrwasz.
To jest coś znacznie gorszego.
Jak można to przyrównać?
- Próbuję tylko… - Przysięgam.
Przywalę ci w twarz. Nic już nie mów.
Mówiłem, że nie mogę.
Jak Boga kocham.
- Czemu zaciskasz pięści? - Przestań.
- Jak się czujesz? - Dobrze.
- Będzie dobrze. - Jasne.
Bardzo cię kocham.
- Ja kocham mojego anestezjologa. - Nie żartuj.
Jesteś piękna.
Matt!
Tak, Marion?
Nic nie widzę. Popraw!
Świetnie, Liz. Matt, możesz odwrócić wzrok.
To się dzieje. Chcę patrzeć, ale nie chcę.
Niby chcę, ale jednak nie.
- Świetnie. - O Boże. Będziemy rodzicami.
- Kocham cię. - Ja ciebie też.
Tak? Jak idzie, pani doktor?
- Nadchodzi. - Widać dziecko?
- Tak. - Mój Boże.
Oto i ona.
Mamy dziecko.
Chciałem ci…
Matt.
Nie musiałeś.
Ale chciałem. Zasługujesz.
Jest piękny. Dziękuję.
- Założę ci go. - Dziękuję.
I tak zmieniasz pieluchy.
Jeśli ona obieca zmieniać mi pieluchy na starość.
- Kocham cię. - Ja też. Jak się czujesz?
Trochę boli, ale…
- Jak leci, Liz? - Chcę ujrzeć Maddy.
Hej.
Tak też pomyślałam.
Matt, będziesz musiał mi pomóc.
- Chętnie. - Może niepewnie stać na nogach.
Zrobimy to powolutku.
Nie spiesz się.
- Przejdziemy pomału na wózek. - Jestem gotowa na półmaraton.
- Super. - Kręci mi się w głowie.
Nie spiesz się, kochanie…
Liz!
Co z nią?
- Miała już zawroty? - Nie wiem.
- Liz! - Problemy z oddychaniem.
- Co jest? - Ściągnę pomoc.
Nagły przypadek!
Liz, patrz na mnie!
- Odsuń się. - Co z nią?
- Liz! - Maska tlenowa!
- Liz! - Słyszysz mnie?
- Musi pan wyjść! - Moment.
- To moja żona. - Ma zapaść.
- Żadnych objawów poprzedzających. - To moja żona!
- Spadek ciśnienia. - Epinefryna.
Zaczekaj, człowieku! Liz!
Panie Logelin.
Doktorze, co się dzieje?
Pańska małżonka miała zator tętnicy płucnej.
Skrzep krwi dotarł do jej płuca.
Co to znaczy?
Co to zna…
Nie mówcie, że moja żona nie żyje.
- Nie mówcie mi tego. - Co jest?
Coś z Maddy? Co? Matt!
Nie!
Jak?
Oddałbym wszystko, by być z tobą jeszcze jeden dzień.
Oto ona.
Nie jest gotowy na dziecko.
Nie złożył nawet łóżeczka.
Zawsze był bardzo niedojrzały.
Cześć, Matt. Jak się trzymasz?
Jestem bardzo niedojrzały.
- Dasz mi dziecko? - Właśnie dostała mleko.
Dobrze.
Coś ci powiem, Maddy.
Gdybyś musiała mieć jednego rodzica, powinna być to mama.
Ona byłaby w tym lepsza.
Im szybciej, tym lepiej.
No nie wiem.
Nie wiem, jak on sobie poradzi.
- Widzisz? - Powiesz mu to?
Nie.
Dobrze, Maddy.
Dobra. Wygrałaś.
Co się dzieje? Jesteś głodna?
Znów mam ci zmienić pieluchę?
Dobra. Jedna chwila.
Zaczekaj, Maddy.
No comments yet. Be the first to leave one.