The first 200 lines.
KSIĄŻĘ
Tak naprawdę ta historia zaczęła się, gdy przyjechał Kutta.
Był dzieckiem delikatnym,
o wielkiej urodzie.
Nigdy się nie skarżył.
A może nie byłam gotowa, by go wysłuchać.
Nigdy nie rozmyślałam o rodzicach Kutty.
Miałam świadomość ich istnienia w dalekim kraju,
ale sądziłam, że już umarli.
Lubiłam ich, nie wyobrażając ich sobie.
To prawda,
nie byłam zdolna do wielkiej czułości.
Zawsze się bałam, że go złamię.
Ze szkoły przynosił dobre stopnie
i nie miał żadnych trudności z mówieniem po francusku.
Mój ojciec chciał, by Kutta był kiedyś bogaty,
jakby to miało lepiej ukryć jego skromne pochodzenie.
Jakby pieniądze miały zmyć plamę,
które przecież była wymyślona,
sklecona z milczenia i tajemnic.
Mój ojciec, który prowadził szkółkę leśną w Sussex,
wybrał dla mnie francuski los,
do tego stopnia, że nawet dał mi na imię Françoise.
Regularnie odwiedzałam go w Anglii,
a z jego szkółki przywoziłam byliny
odmian słabo znanych we Francji.
Wracałam samochodem wypełnionym warzywami,
które sadziłam w ogródku przy założonej przeze mnie szkole.
Teraz powiem, co mnie skłoniło do tego przedsięwzięcia.
Trafiłem na artykuł,
w którym uszeregowano rośliny w porządku ewolucyjnym
na podstawie przeprowadzonych analiz.
Schemat mnie zachwycił,
był jak partytura.
Chciałem go wcielić w życie,
ukonkretnić,
dać ludziom do oglądania, wąchania, dotykania
te wszystkie rośliny razem.
Są tu rodziny roślin tropikalnych.
Tych nie możemy...
uprawiać u nas pod gołym niebem.
Ewentualnie w szklarni, przynajmniej niektóre.
Ale mnóstwo innych można uprawiać w Normandii na dworze.
Nadawała się spora grupa,
od grzybieni po jednoliścienne i dwuliścienne właściwe.
Wszystkie kielichowce,
magnoliowate, zieleńcowate itd.
Wszystko jest.
Mój brat Mark,
uciekając z Anglii w latach rządów Thatcher,
przyjechał do mnie.
Jest botanikiem,
pracuje w kilku posiadłościach w Varengeville-sur-Mer.
Zainteresował się moją szkołą
i chętnie mi doradzał.
Rzucił się w szalone botaniczne przedsięwzięcie:
odtworzenie lasu pierwotnego.
Poprosiłam, by o tym opowiedział,
zanim Alberto zabrał uczniów
na zwiedzanie swojego ogrodu w Sainte-Marguerite-sur-mer.
Gdy zaczęłam prowadzić szkołę,
przyszły do niej dzieci z bardzo różnych środowisk.
Trzeba mieć szczególną wrażliwość,
by w młodości interesować się ogrodnictwem.
Pierre-Joseph różnił się od pozostałych;
był zamyślony i nieprzenikniony.
Pracodawcy, miejscowi i inni uczniowie
niekiedy uważali go za niedorozwiniętego.
W gruncie rzeczy
to on był pierwszym dzieckiem, przed Kuttą,
które adoptowałam.
Porybliny.
To są porybliny z Korsyki.
Niestety straciłem je z powodu upalnych, suchych lat.
Te rośliny żyją na terenach wilgotnych.
Skierowali mnie na naukę zawodu.
"To twoja ostatnia szansa" - ostrzegli.
Nauczyciele i rodzice dali mi wybór:
"Wolisz zostać rzeźnikiem czy kwiaciarzem?".
Wybrałem kwiaty.
Ojciec był z zawodu rusznikarzem, matka wypychała zwierzęta.
Zapisano mnie do ośrodka
kształcenia zawodowego w Yvetot,
mieście, w którym się urodziłem i którego nie cierpiałem.
Bałem się oddalenia od rzeki,
nad którą przeżyłem pierwsze doświadczenia seksualne.
Byłem dzieckiem nieśmiałym, introwertycznym.
Miałem niewielu prawdziwych kolegów
i męczyły mnie powracające złe sny
o moich rodzicach, którzy gonili mnie i zabijali.
Tęsknota za wsią nie pozwalała mi się cieszyć z wyjazdu.
Rodzice mieli psy, którymi się zajmowałem. Kochałem je
i uważałem za swoją prawdziwą rodzinę.
Najczęściej bawiłem się tylko z nimi
na łagodnym wzgórzu porośniętym dębami i bukami
w naszej wielkiej posiadłości.
Tylko psy stwarzały wrażenie, że chcą ze mnie zrobić człowieka.
Podczas moich wakacji, długiej rozłąki z psami,
w życiu rodziców coś zaczęło się psuć.
Nie mogę już znieść
przebywania z wami.
Nie mogę już znieść
przebywania z wami.
Nie mogę dać tego,
co nie jest w mojej mocy.
Może nawet własnego życia.
Roger!
Matka zawsze była żarliwą czytelniczką
angielskich i amerykańskich powieści fantastycznych.
Była przekonana, że prowadzi ją duch,
którego nazywała Rogerem.
W wyobraźni prowadziła z nim rozmowy.
Gdy nie zachowywałem się tak, jak chciała,
nazywała mnie Peterem
i nie odzywała się,
póki jej nie przekonałem, że Peterem nie jestem.
A nie było to proste.
Alkoholizm nasilił jej romantyczność
i problemy emocjonalne.
Ona i ojciec bez ustanku się kłócili,
a frustracje wyładowywali na mnie, poprzez ataki słowne.
To jest kompozycja podłużna, na piance.
Będzie ci potrzebny nóż.
Albo, jeśli wolisz, sekator.
Można tak i tak.
Przystępując do tworzenia takiej kompozycji,
najpierw dobrze namocz piankę.
Zawsze zaczynamy od liści. To podstawa.
Nadają formę
i podtrzymają kwiaty.
Ponieważ to jest kompozycja podłużna, najpierw ułożyłam liście.
I dookoła...
Przycinam...
- Dzień dobry, pani Brown. - Dzień dobry, Amélie.
- Jak się pani miewa? - Dobrze.
- Mogę wejść na zaplecze? - Proszę.
Dziękuję.
Dzień dobry panu.
- Co słychać? - Wszystko dobrze, dziękuję.
- Mogę pomówić z Pierre'em-Josephem? - Proszę.
Dziękuję bardzo.
- Dzień dobry, pani Brown. - Dzień dobry.
- Jak się masz? - Dobrze.
Uczysz się? Co teraz robisz?
Jak sobie radzi?
To dekoracja na ślub.
- Podłużna. - Tak.
Pamiętam pierwsze spotkanie z uczniami
w ośrodku szkolenia zawodowego w Yvetot.
32 pary oczu przyglądały mi się wyczekująco,
ale i z obawą, z czcią, a może dystansem.
Pierre-Joseph patrzył w inną stronę,
jakby był nieobecny. Wodził wzrokiem za lecącymi jerzykami,
które zdawały się odciągać go od klasy.
Ten chłopak dosłownie mnie przytłoczył,
znienacka, z zaskoczenia.
Niepokoił mnie swoją wyniosłością,
dekoncentrował unikaniem kontaktu.
Poranek się dłużył,
mimo że starałem się wzbudzić optymizm
wśród nastolatków na lekcji botaniki.
Choć miałem mizerne doświadczenie w nauczaniu,
Françoise Brown zatrudniła mnie w swojej szkole.
"Podchodzi pan z pasją do roślin i książek, Alberto.
Dużo pan podróżował
i zgromadził ogromną wiedzę,
obserwując krajobrazy i ludzi,
w domu, tam, gdzie są".
W pierwszym dniu roku szkolnego trzymałem się blisko niej.
Po wyjściu ostatnich rodziców uciszyła uczniów
i powiedziała:
"To jest szczególny rok".
I tak właśnie było. Właśnie przyjechało dziecko,
którego nie mogła mieć z małżeństwa.
Mały Kutta mnie wzruszył,
z tą swoją chudą twarzą o indyjsko-tybetańskich rysach,
ze skórą w odcieniu miedzi i kruchym ciele,
podobny do wielu, których widziałem
w dolinach Himachal Pradeshu.
Alberto pomógł mi przyjąć Kuttę
i przybliżał mu Indie, z których go wyrwałam,
jak roślinę, że też o tym nie pomyślałam,
i sprowadziłam go do domu,
gdzie doskonale się zaadaptował.
Nic nie mówił.
Przez długi czas nie przejawiał żadnych gwałtownych zachowań,
choć koledzy z klasy byli wobec niego agresywni.
Odnosiłam wrażenie,
że z przyjemnością pozwalał się poniżać.
Zrozumiałam, że mogłam podsycać tę jego podległość,
bo byłam przeraźliwie kontrolująca,
choć płynęło to z troski,
wobec wszystkich dzieci pod moją opieką.
Matka wyrzuciła mojego ojca z domu.
Schronił się w swoim domku myśliwskim w Hugleville-en-Caux
parę kilometrów od domu,
zabierając ze sobą psy.
W domku zawsze było pełno jego kolegów-myśliwych.
Ich pasją było jedzenie i picie.
Czasami spotykałem tam kuzyna,
No comments yet. Be the first to leave one.