The first 200 lines.
Dzień dobry. Dynamic Progressive Systems. Proszę czekać.
To nie jest nic. 5% to dużo.
Gdy utrzymuje się dom, dzieci...
5% to dużo.
Wiesz co, Dan? Chodźmy stąd.
Nie. Niech słyszą.
Jesteś pewien, że tego chcesz?
Wcale tego nie chcę, Chuck.
Zawarliśmy umowę, a ty znów zmieniasz jej warunki.
Modyfikujemy pensje.
Tak to wygląda.
Wiem, że nie to chcesz usłyszeć.
Dan, po prostu chodźmy stąd.
Wkurza mnie to.
Co?
Po prostu wkurza mnie.
"Chodźmy". Ciągle to powtarzasz.
Za takie gadanie Brian Peters napisał
na twoim miejscu parkingowym "suka".
Co z tobą, Dan?
Przepraszam.
Naprawdę chcesz to załatwiać publicznie?
To mój najlepszy rok.
Jestem suką, bo muszę podejmować decyzje korzystne dla firmy.
Zarabiasz dzięki niej. Nie jesteś niezastąpiony.
Ty odejdziesz, firma zostanie.
Nie umniejszaj jej znaczenia.
A teraz, proszę, chodźmy.
Porozmawiamy u mnie w biurze.
Myślisz, że jak mnie złapałaś...
co było, przyznaję, nie lada wyczynem...
w czasie ćwiczenia na zaufanie
na wymuszonym wyjeździe integracyjnym,
na którym nikomu się nie podobało...
Nikomu. Prawda, Russell?
Mnie się podobało.
Russell wie, co to współpraca.
Dostał szkołę.
Ty malkontencie.
Ty też zarabiasz mniej?
Jestem kierownikiem sprzedaży.
Chcesz zarabiać więcej, załóż własną firmę.
Myślę o tym.
Jak każdy...
Nie narzekaj, że ci, co to zrobili,
zarabiają, ile im się należy.
Dwa dni włóczyłem się po lotniskach, załatwiając ci kontrakt.
Przyszedłem tu na precla, bo nie jadłem od wtorku.
A ty mi mówisz, że mam zarabiać 5% mniej?
Nie chcę nowych zasad. Chcę czasem zobaczyć dzieci.
Stary numer na dzieci.
Ostro.
Zrobię to.
Serio?
Chcesz rywalizować ze mną i z firmą?
Widzimy się na polu walki. Szukaj mnie.
Ten najbardziej zadowolony to ja.
Lepiej na tym wyjdziesz, gdy zostaniesz.
Sam wiem, co mam robić.
Ćwiczenia na zaufanie wykluczam z miejsca.
Dobrze. Gramy.
Gramy.
Przyłączyłby się ktoś?
Wszyscy jesteście świetni.
Co wy na to?
Kręci was nowa, odlotowa rakieta?
"Rakieta"?
Improwizuję.
Nie planowałem tego dzisiaj,
ale jeśli komuś marzy się stanowisko
w nowej firmie sprzedającej minerały,
niech idzie ze mną, bo czeka na niego miejsce.
NIEDOKOŃCZONY INTERES
Chłopaki !
Panowie!
Do dzieła.
Do czego?
Wsiadamy do rakiety. Zaczynamy wspólną przygodę.
Ja wsiadam do auta.
Już tu nie pracuję.
Ze względu na wiek.
A chcesz pracować?
Mam tylko 67 lat.
Jeszcze nie umieram.
Świetnie! Pracuj dla mnie.
-Pokonamy ich. -Tak!
Pokonajmy cieniasów!
Pewnie!
Tylko przystanęliśmy i współpraca nawiązana.
Jestem podekscytowany. Dziękuję.
A ty, młodzieńcze?
-Lecisz z nami rakietą? -Tak.
Czym się zajmowałeś?
Ja tam nie pracuję.
Przecież stamtąd wyszedłeś.
Miałem rozmowę o pracę.
A pudełko z rzeczami?
Przyniosłem je, żeby okazać pewność siebie.
Masz doświadczenie w sprzedaży?
Tak.
-Świetnie. -Sprzedawałem buty.
Czemu odszedłeś?
Nie lubię stóp.
Ale ludzi tak.
Umiem z nimi postępować. Naprawdę.
-Dajesz z siebie wszystko? -Tak.
Czyli?
Wszyściuśko.
Mówisz tak, bo wiesz, że chcę to usłyszeć.
To prawda. Zrobię wszystko.
Dobrze.
Zrobię z ciebie dzikiego zwierza.
Wskakujcie. Działamy.
-Już się robi ! -Do roboty.
Dobra.
Jedźmy na pączki. Tam ustalimy szczegóły.
ROK PÓŹNIEJ
Dobrze.
Mieliśmy ostatnio przestój...
więc z dumą ogłaszam, że zawarliśmy kontrakt.
Czeka nas symboliczny uścisk dłoni.
O, ja pierdolę!
Przepraszam.
Wybaczcie...
Ja też pojadę?
Tak.
I będę nocował?
To pierwsza podróż służbowa?
Tak.
Nie jeździłeś w interesach, gdy sprzedawałeś buty?
Wszyscy zgłaszali się do mnie.
No to jedziemy.
Będzie się działo?
Będą różne działa?
"Działa"?
Tak.
Możesz dać przykład?
"W czasie podróży służbowej się działa".
"Działa się"?
Działa.
Nie. Lecimy i wracamy.
Czekają mnie obowiązki w domu.
Ty możesz podziałać, jak dokończymy interes.
Będziemy tylko my czy podstawią podniecacza?
Tylko my. Czysta sprawa.
Kto to "podniecacz"?
Kiedy firma chce ubić interes po kumpelsku,
udaje, że negocjuje z inną firmą.
Dla pozorów.
Ten kontrakt jest nasz.
Dobrze.
Jutro ruszamy w podróż służbową.
Dokończmy ten interes.
Pokaż im, Dan.
Mam dobre przeczucia. Twoja oferta jest na medal.
Dzięki, Don.
Jesteś z nami od początku.
Czas sprawić sobie prawdziwe biuro.
Paul, musimy pogadać.
Jadę do Portland.
Przepraszam.
Nie chciałem cię zaskoczyć. Wszystko gra?
-Robię coś. -Super.
To zupełnie normalne.
-Tato... -Ja też to robiłem.
Nawet trzy razy dziennie. Teraz też robię.
Tato.
Nie tak często jak dawniej,
bo jestem zmęczony robieniem czegoś innego.
Ale to żadne przestępstwo.
Procesu nie będzie. Nic się nie stało.
Nie było rozmowy.
Gdy byłem w twoim wieku,
oglądaliśmy czasopisma z reklamami...
bielizny i opalaczy...
To nie...
Teraz w Internecie klaun bzyka wielbłąda.
Ja tego nie oglądam, tato.
To nic takiego. Prosta sprawa.
Nie przeszkadzam, ale lepiej rób to w łazience,
bo tu nie ma zamka.
Może wejść twoja siostra.
Rób to gdzie indziej, dobrze?
-Tak. -Dyskretnie.
Jak prawdziwy dżentelmen. Wielbiący swe ciało.
Znasz wiersza Walta Whitmana "Pieśń o sobie"?
Nie rozmawiajmy już o tym.
To pieśń. Poeta wielbi swe ciało.
Ty wielbisz swoje ciało.
Więc to nic takiego.
Jasne.
Wracam jutro. Jadę dokończyć interes.
A kiedy wrócę,
wyjdziesz z tego pokoju
i spędzimy trochę czasu razem.
Uściskaj mnie.
Nie dbam, co robisz z rękami. Wracaj do komputera.
-Cześć, tato. -Cześć.
Co tam, TŁUŚCIOCHU?
TYLKO MNIE NIE ZJEDZ, PAUL!
No comments yet. Be the first to leave one.